Płeć biologiczna, płeć kulturowa – ile płci tak naprawdę nas otacza.

Na początek chciałabym zaproponować pewne ćwiczenie. Bardzo proste, nie ma złych odpowiedzi. Jego wyniki będą podłożem do dalszych rozważań. Proszę, napiszcie na kartce kilka słów na temat siebie: krótki opis najważniejszych cech, które jak się Wam wydaje, że opisują Was najlepiej. Po krótkiej chwili zastanowienia każdy z Was, tak samo z resztą jak ja, opisałby siebie jako Polak, student, doktorant, matka, brat, adwokat, informatyk czy psycholog. Zapewne każdy napisałby coś innego. Anthony de Mello, z którego książki pt. „Przebudzenie” zaczerpnęłam zadanie, zastanawia się nad tym, kim jest człowiek i jak najlepiej go opisać.

Weźmy np. pod uwagę nasze myśli – czy nimi jesteśmy? Myśli przychodzą i odchodzą, a więc nimi nie jesteśmy, my je tylko myślimy. Nie jesteśmy także naszym ciałem, ponieważ nasze komórki powstają i obumierają, a my dalej jesteśmy. Nie jesteśmy też naszym imieniem czy nazwiskiem, ponieważ można je zmienić w każdej chwili, a pomimo to nadal istniejemy. A co z poglądami, wyznawaną religią, przekonaniami? Czy one stanowią o nas? Jeśli by je zmienić, to myślę , że nadal bylibyśmy sobą, z tym, że wierzylibyśmy w coś innego.

Etykiety są dla ludzi bardzo ważne. Nasze społeczeństwo nie potrafi obejść się bez definiowania i nazywania wszystkiego, co je otacza. Ludzie posługują się schematami i heurystykami (uproszczeniami), bardzo dużo czasu poświęcają tworzeniu nazw. Spostrzegając ludzi poprzez pewne etykiety, definiujmy tym samym ich „ja”. Biorąc pod uwagę to, że ludzie nie potrafią żyć bez etykiet i definicji, warto się zastanowić jak wyglądałby świat, gdyby nie było podziału na płeć, gdyby nie spostrzegało się ludzi poprzez ich tożsamość seksualną czy też orientację.

Wyobraźmy sobie, że świat istnieje bez konkretnych definicji płci, kobiecości, męskości, seksualności czy homoseksualności. Co się wtedy dzieje z nami, ze światem? Ludzie zaczynają się gubić, nie rozumieją siebie nawzajem, nie potrafią się dogadać i zaczynają odczuwać, że otacza ich chaos. Dla ludzi, szczególnie zachodniej części społeczeństwa, świat często jest czarno-biały. Mamy do czynienia albo z kobietą albo z mężczyzną, co już samo w sobie niesie oczekiwania w stosunku do danej osoby. Konkretne słowo określające płeć niesie ze sobą pewien ciężar definicyjny, spod którego trudno się wyzwolić, nawet najbardziej otwartym umysłom. Tym bardziej dotyczy to sytuacji, gdy mamy do czynienia ze słowami „heteroseksualny” i „homoseksualny”. Ludziom, zdominowanym przez heteronormatywność (założenie, że wszyscy są heteroseksualni i podejmują tradycyjne role płciowe), wydaje się, że jedyna i „prawdziwa prawda” kryje się pod hasłem heteroseksualny. Słowo zaczynające się na homo- większości ludziom ledwo mieści się w granicach pojmowania świata i jest rozumiane jako coś złego, chorego, niepoprawnego, jako coś, co nie powinno wychodzić na światło dzienne. Z pojęciem biseksualności nawet nauka ma problem, natomiast słowo transseksualizm dla wielu oznacza co najwyżej jakieś dziwactwo.

Naprzeciw obojętności i potrzebie definiowania tego, co może wcale nie musi być nazywane, stanęła teoria queer, którą można nazwać teorią destabilizacji, redefiniowania płciowości i seksualności. A może jest to nawet teoria braku potrzeby definiowania? W zasadzie w teorii queer nie ma niczego na stałe, kryje się za nią wieloznaczność czy też „bez – znaczność” takich pojęć jak płeć i seksualność. Teoria queer wskazuje, że to, co kryje się za pojęciami „męski”, „kobiecy” i co niosą ze sobą „wzorce seksualne”, to nic innego jak wytwór kulturowy. Butler w swojej książce „Uwikłani w płeć” uważa, że nie ma czegoś takiego jak absolutna męskość czy absolutna kobiecość, wszystko jest natomiast konstruktem społecznym czy nawet politycznym.

Odwołując się do ćwiczenia na początku pracy, pewnie niektórzy opisaliby siebie jako kobietę czy mężczyznę, mając na uwadze to, jak ważne wydarzenia w ich życiu wiążą się właśnie z ich płcią biologiczną – narodziny dziecka, inicjacja seksualna, wybudowanie domu. Każda z płci odmiennie podchodzi do tych wydarzeń. Nasze życie jest zdominowane przez płeć. Judith Butler (prekursorka teorii queer) posługuje się pojęciem „performatywności płci”. Społeczno-kulturowa konstrukcja płci przejawia się w tym, że od urodzenia, od chwili, kiedy położna mówi „To chłopiec, to dziewczynka”, jesteśmy sukcesywnie i dość szybko, bez słowa sprzeciwu, wtłaczani w role wynikające z płci. Ksiądz ogłasza nas mężem i żoną. Inni mówią na nas matka i ojciec, kobieta i mężczyzna. Niemal w każdej sytuacji życiowej jesteśmy określani poprzez własną płeć. Butler mówi natomiast o tym, że stereotypy, role płciowe i oczekiwania, które wiążą się z naszą płcią, nie są stanem „faktycznym”, nie wynikają tak naprawdę z płci, lecz z uwarunkowań kulturowych. Gdyby nie normy kulturowe, to kobieta wcale nie musiałaby zachowywać się jak kobieta i nawet kwestia możliwości rodzenia dzieci mogłaby być cechą męską, gdyby tylko kultura zadecydowała tysiące lat temu inaczej i nazwała kobietę mężczyzną.

W tym miejscu pozwolę sobie na własną refleksję. Generalnie popieram kategoryzowanie, z czymkolwiek nie mielibyśmy do czynienia. Umysł ludzki został stworzony do posługiwania się heurystykami, dzięki czemu filtrowanie informacji nie zajmuje nam całych lat. Jestem tylko przeciwna braku refleksji i głupocie. Jeśli mamy już do czynienia z czymś nieco dłużej, warto zastanowić się nad zaletami i wadami danego doświadczenia. Kiedy myślimy o gejach, automatycznie włączają nam się pewne stereotypy i nie uważam, aby był sens poddawaniu tego krytyce. Jestem jednak przeciwnikiem posługiwania się nimi na dłuższą metę, przy braku poznania tego, jaka jest naprawdę rzeczywistość. Jeśli chodzi o podział na płeć to również jestem za tym, aby tę część społeczeństwa, którą nazywamy kobietami nazywać tak nadal i to samo odnośnie mężczyzn. Uważam jedynie, że w chwili, kiedy coś nie da ująć się w pewne ramy, na które pozwala nasz język lub kiedy wtłaczanie pewnych zjawisk na siłę w nasze normy kulturowe krzywdzi daną osobę, to nie należy siłować się z kulturową definicją tego, co lub kogo mamy przed sobą. Uszanujmy to, że ktoś chce być nazywany inaczej niż wydaje nam się, że powinien lub, że pewnych zjawisk nie rozumiemy. Uważam, że słowo kobieta nie powinno z góry kojarzyć się z gotowaniem, sprzątaniem, wychowywaniem dzieci i zarabianiem mniej niż mężczyźni, ale nie popieram żeńskich form dla pań ministrek (ministrantek), psycholożek, adwokatek czy inżynierek. Męskie określenia tych zawodów brzmią po prostu lepiej, dostojniej i nie uważam, aby uwłaczało to w jakikolwiek sposób kobietom, które są bardzo często tak samo dobre lub lepsze na tych stanowiskach od mężczyzn. Popieram natomiast to, że pojęcia kobieta lub mężczyzna nie muszą nieść ze sobą ściśle określonych ról. Kobieta wcale nie musi być kochającą matką, natomiast mężczyzna nie musi być nieugiętą podporą rodziny. Jestem za tym, aby role płciowe się zmieniały, czy też wymieniały lub żeby tworzyły się nowe.

Uważam się za osobę o otwartym umyśle i staram nie poddawać się bezrefleksyjnie temu, co mnie otacza, jednak wiele razy złapałam się i zostałam złapana przez innych na tym, że normy kulturowe i społeczne tkwią we mnie tak mocno, iż nawet nie pomyślę, że coś może wyglądać inaczej i jestem szczerze zdziwiona, kiedy uda mi się wyłamać poza normatywność.

 

 

Podziel się z innymi!

3 komentarze(y) do “Płeć biologiczna, płeć kulturowa – ile płci tak naprawdę nas otacza.

  1. Polecam oglądnąć film „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, w którym zostaje nieco zachwiana równowaga między rolami społecznymi. Zagorzała feministka, która jest również lesbijką, wykazuje męskie cechy. To ona nosi „spodnie” w związku, jest silna, stanowcza, niekiedy zaborcza, jak chociażby w momencie kiedy musi wybrać kochanka do filmu pornograficznego dla swojej dziewczyny. W filmie jest również postać Ryszardy Kacówny- mężczyzny, który woli stać się kobietą, a nawet feministką.

      (cytuj zaznaczony tekst)

  2. Mój wniosek z tego artykułu jest taki, by rzucić wyzwanie stereotypom, etykietom, szufladkowaniu, ale nadal doceniać różnorodność, przejawiającą się na tysiące sposobów, także w tym, że są kobiety i są mężczyźni.
    Ćwiczenie nawiązujące do de Mello i opisane też m.in. przez Yaloma, na pewno jest cenne w pokonywaniu powierzchownego myślenia o sobie. Jednak jeśli ktoś zdoła nadać głębokie, osobiste znaczenie byciu mężczyzną lub kobietą – zyskuje!
    Ciekawym rozwiązaniem jest koncepcja przedstawiona przez jungistę Ole Vedfelt: „kobiecość w mężczyźnie/męskość w kobiecości”, nawiązująca zresztą do Yin/Yang. Wynika z niej, że kobiety i mężczyźni róźnią się, jednak każde ma w sobie pierwiastki drugiego, które jesli zostaną docenione i zintegrowane – rozwiną nas i wzbogacą.

      (cytuj zaznaczony tekst)

    • Ludzie właśnie obawiają się różnorodności wynikającej z bycia kobietą lub mężczyzną, a całkowicie przeraża ich wielość możliwości wynikających z odnalezienia w sobie pierwiastka drugiej płci. Cały szkopuł polega na tym żeby zaakceptować i zintegrować właśnie wszystkie elementy, które składają się na JA.

        (cytuj zaznaczony tekst)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>